Krwawy Król Midas...

MARA DYER. TAJEMNICA / Michelle Hodkin





            Internet szaleje. Wszędzie widzę tę okładkę. Książka musi być cudowna. Zagraniczni autorzy ją chwalą. Skręca mnie, gdy mijam ją w księgarniach. Skręca mnie, gdy na portalu społecznościowym wyskoczyła mi kolejna reklama. Skręca mnie, gdy kolejny amerykański Booktuber o niej mówi. Przychodzi listonosz. Rozrywam paczkę. O Boże. Jest. Świeci się. Pięknie pachnie. Jest moja. Mara. Dyer.
Jest. Moja.

           
          




            Mara budzi się. Otwiera oczy. Widzi sterylnie czystą biel. Słyszy popiskiwanie urządzeń. Czuje igły w całym ciele. Jest w szpitalu i nie ma zielonego pojęcia jak i dlaczego się w nim znalazła. Co gorsza, dowiaduje się, że jej przyjaciele zginęli w wypadku i tylko jej udało się przeżyć. Jest kompletnie zdezorientowana. Zaczyna chodzić do psychiatry i połykać mnóstwo kolorowych tabletek, które, co gorsza, najwyraźniej nie pomagają, bo dziewczynę coraz częściej nawiedzają halucynacje. Ale do teraz przyświeca jej jeden cel: odzyskać pamięć i dowiedzieć się, do czego tak naprawdę doszło, bo, z jakiegoś powodu, jej psychika nie chce z tym sobie poradzić. Może byłoby nieco łatwiej, gdyby nie pewien chłopak i dość specyficzne umiejętności…

Okładka jest tak piękna, że żadne zdjęcie nie potrafi tego oddać.
Wierzcie mi. Próbowałam. Skończyło mi się miejsce na aparacie...


            Sam prolog, w którym Mara Dyer bezpośrednio się do nas zwraca, wywołał u mnie gęsią skórkę. Co prawda, trochę nakierowuje nas na odpowiednie tory co do rozwiązania całej zagadki, więc zastanawiałam się, czy nie byłoby go lepiej pominąć. Ale on już pokazał nam, z jakim klimatem będziemy mieli do czynienia. Bo cała, dosłownie cała powieść, owiana jest nutką grozy i tajemnicą, którą dane nam będzie poznawać kroczek po kroczku. Ale prócz tego będziemy mieć do czynienia ze scenami romansu, bo tego zabraknąć nie mogło. A także dużo humoru. I chwil wzruszenia. Ale też momenty, w których krew zagotuje nam się w żyłach. I takie, w których wstrzymuje się oddech, a po ciele przechodzą dreszcze. I tych przerażających scen będzie znacznie więcej, bo mi o mało serce nie wyskoczyło z piersi, gdy podczas jednej ze scen zadzwonił mi telefon. Rada od Marthy: Podczas czytania wyłączcie się od wszelkich, niespodziewanych dźwięków.

          



            Przyznam szczerze, że jeszcze nigdy, w żadnej książce, nie spotkałam się z taką bohaterką. Mara zwraca się do nas bezpośrednio i opisuje wszystko ze swojej perspektywy, a jednocześnie sama nie wie, co dzieje się naprawdę, a co jest tylko halucynacjami i wytworami jej wyobraźni. Dziewczyna z problemami, z zespołem stresu pourazowego, a może i czymś innym, ukrytym nieco głębiej, czego nie zamierzam Wam zdradzać. Nawiedzają ją różne zjawy i nigdy nie wiemy, czy to, co akurat nam opisuje, dzieje się w rzeczywistości, czy w jej głowie. Przy narracji trzecioosobowej ten efekt całkowicie by zanikł i powieść straciłaby swój urok.

Uuuu, Mara bezpruderyjnie reklamuje mojego bloga ^^


            Noah. Cudowny Noah. Kolejny chłopak, w którym po prostu trzeba się zakochać. Po pierwsze, przystojny. Po drugie, luzacki. Po trzecie, z ironicznym uśmieszkiem. Po czwarte, z poczuciem humoru. Po piąte, pomocny. Po szóste, uroczy drań z tajemnicą. Po siódme… Daruję sobie, bo znalazłam 64 punkty. I mówcie sobie, że pani Hodkin poszła schematem i stworzyła amanta jak z większości romansideł dla nastolatek. Noah jest cudowny, kocham go, i jak się Wam nie podoba, to Wasz problem. Jak przeczytacie, to i tak go pokochacie.

            Jest to też jedna z niewielu pozycji, w której tak przywiązałam się do postaci drugoplanowych. Mamy oczywiście blond Złą Królową, dobrego braciszka, bi-przyjaciela z niesamowitym poczuciem humoru i przystojniaka z uśmiechem, od którego, tu cytat, „spadają majtki”. Niby schemat, a jednak jakiś inny. A oryginalność w schemacie nie zdarza się zbyt często.


            Co do spraw technicznych – nie mam żadnych zastrzeżeń. Okładka jest piękna, cudnie się błyszczy i zmienia barwy w zależności od jej nachylenia – i nie da się oddać jej piękna na zdjęciu. Próbowałam. Karta pamięci w telefonie zapełniona.
            Zazwyczaj nie lubię, gdy w książkach pojawia się nowa czcionka, ale w tym wypadku jest to ogromny plus. Bo nie dość, że czyta się wygodnie, to jeszcze dodaje to pozycji kolejny plus do oryginalności. Natomiast krótkie rozdziały, kończące się w trakcie akcji, pomagały mi w szybszym i długotrwalszym czytaniu – ciągle powtarzałam sobie „jeszcze jeden rozdział” i nie mogłam jej odłożyć. Dodatkowo co jakiś czas jesteśmy świadkami retrospekcji przeszłości i po trochu łączymy puzzle w całość.

         



            Coraz dłużej zastanawiam się, do jakiego gatunku zalicza się Mara Dyer. YA? NA? Paranormal? Thiller? Powieść psychologiczna? Odniosłam wrażenie, że zakwalifikowanie jej do jednego, konkretnego gatunku bardzo dużo ujmuje tej pozycji i ją spłytsza. Bo nigdy, naprawdę nigdy, nie spotkałam się z książką, która byłaby dla mnie tak idealna. Ktoś zapewne znajdzie w niej minusy, ja jednak nie mogłam dostrzec ani jednego. Może to przez moje zainteresowanie psychologią i możliwość interpretowania zachowań głównej bohaterki?  Pani Hodkin stworzyła tak wiele aspektów, tak wiele motywów, które pod każdym względem są oryginalne i cudowne. Czuję, że będę musiała czekać bardzo długo, aż dane mi będzie spotkać się z pozycją, która przeskoczy poprzeczkę. Być może zrobi to dopiero drugi tom Mary Dyer. I teraz żałuję, że ją przeczytałam. Bo chciałabym móc przeżyć tę historię całkowicie od nowa.

YA! Cię kręcę! Chyba znalazłam nowe
ulubione wydawnictwo...


Mara Dyer. Tajemnica
Mara Dyer
Tom I
Michelle Hodkin
The Unbecoming of Mara Dyer
Wydawnictwo YA!
GW Foksal
412 stron
2014




 <-----
Poprzedni post



Krwawy Król Midas... Krwawy Król Midas... Reviewed by Martha Oakiss on wtorek, września 23, 2014 Rating: 5