PRZED PREMIERĄ: Więzień Labiryntu






            18 wrzesień 2014. Dzień przed premierą filmu „Więzień Labiryntu”. A ja już miałam okazję go zobaczyć na pokazie przedpremierowym. Kompletnie nie wiedziałam, czego spodziewać się po tej ekranizacji, ponieważ nie miałam wcześniej do czynienia z książką. Nawet nie oglądałam trailera. Więc… Taaak… Jaka jest moja opinia?

            Skrzypiące pudło jedzie w górę. Ciemność. W środku wymiotujący, wystraszony chłopak. Trafia na polanę. Grupa chłopców wyciąga go z pudła. On nic nie pamięta. Nie wie, kim jest. Nie wie, skąd się tam wziął. Co gorsza, okazuje się, że razem z grupą obcych sobie ludzi został zamknięty w labiryncie, z którego nie ma wyjścia, a w którym za każdym rogiem czyha śmierć…

Też czułam się oszołomiona. I filmem i pobytem
w nowym kinie

            Nie wiem, od ilu lat jest ten film. Serio, nie idźcie, jeżeli jesteście młodzi i wrażliwi. Dystopia? Może tak. Coś podobnego do Igrzysk Śmierci? Być może. Za to nie było romansu. Ani trochę. A spodziewałam się czegoś, biorąc pod uwagę, że wśród 20 facetów była jedna dziewczyna… Ale nie spodziewałam się tak wielu momentów horroru czy thillera. Tak wielu momentów strasznych, przerażających, a czasem wręcz obrzydliwych i odrzucających. Mówię serio. Nie dziwię się, że nie dawali darmowego popcornu. Nie przełknęłabym nawet kęsa. Co gorsza, bałam się wracać po ciemku do domu.

            Nie powiem nic na temat treści. Bo, po pierwsze, nie chcę robić spoilerów. Nie mogę też powiedzieć, że film to dokładne odwzorowanie książki, bo, jak już wspominałam, nie miałam jeszcze możliwości jej przeczytania. Mogę tylko powiedzieć, że było ciemno i strasznie. I wzruszająco. Choć nie płakałam. I zaskakująco. I, jeszcze raz powtórzę – obleśnie. Czasem mnie odrzucało, czasem się czegoś wystraszyłam, jak coś zza rogu wyskoczyło (mimo że czuło się, że zaraz coś takiego się stanie). Gdzieś można było się uśmiechnąć, gdzieś popłakać. Ale to i tak było, jak dla mnie, za mało emocji jak na taki film. Nie było mi szkoda bohaterów. Nie płakałam. Po filmie złapałam się na tym, że bardziej chwaliłam pomysł autora na taką książkę i wierne odwzorowanie wnętrzności potworów, niż treść jako treść. Chociaż zakończenie, przyznam szczerze, było dość zaskakujące i zachęcające do sięgnięcia po kontynuację.

Patrzę na ten plakat i normalnie jakbym widziała
serię o Percym Jacksonie. Albo jakąś grę komputerową...

            W filmie oczywiście nie zabrakło wielu efektów specjalnych. Olbrzymie pająki z „twarzami” niczym Obcy – ósmy pasażer Nostromo. Jednak jak dla mnie minusem były sceny walki, podczas których nie widziałam kompletnie nic, co działo się na ekranie. Tu ręka, tam noga, tu zęby, kamera się trzęsie, ktoś krzyczy, kogoś zabiło, ale nie mam pojęcia kogo, bo przed oczami przemknęły mi tylko plecy. No i kicha. Ludzie poginęli, ale nie wiadomo, komu złożyć kondolencje. No i mrok, wszędzie mrok. Czyli to, co lubię oglądać w kinie, ale w domu, przed telewizorem, już nie bardzo, bo słońce odbija się w ekranie i nic nie widać J I wszystko nasilone mrocznymi efektami dźwiękowymi. Mrok. Mrok. Mrok.

            Bohaterów jest wielu, ale tylko kilku utkwiło mi w pamięci. Po pierwsze, Thomas, główny bohater, grany przez Dylana O’Briena, którego większość z Was może znać z Teen Wolfa (taaak, którego Martha oczywiście nie widziała ani jednego odcinka). Po drugie, jedyna dziewczyna, czyli Kaya Scodelario. I pewnie dlatego utkwiła mi w pamięci, bo przez 5/6 filmu nie widziałam żadnej osoby płci pięknej, oprócz niej. No i inni aktorzy, którzy przemykali przez ekran i wydawali mi się znajomi, lub jakoś tam zapadli mi w pamięć – Ki Hong Lee, Will Poulter czy Thomas Brodie-Sangster.

W sumie... No... Nie wiem... Niby wszystko się zgadza...


            Trochę żałuję, że najpierw obejrzałam film, a dopiero w przyszłości sięgnę po książkę. Czuję, że to już nie będzie to samo. Że nie będzie zaskoczeń. Zresztą, czytając, będę wyobrażać sobie TE momenty i TYCH aktorów, a to ma swoje minusy (jak to miałam w wypadku Niezgodnej). Ale nie żałuję, że obejrzałam. Nie żałuję, bo film, mimo wszystkich minusów, był naprawdę… Dobry. Może dlatego, że inny. Że była śmierć, była akcja, ale nieco inna niż w antyutopiach, które do tej pory oglądałam. Więc jeżeli podobały Wam się Igrzyska Śmierci, ale macie ochotę na coś straszniejszego i bez romansu, albo zastanawiacie się, czy bylibyście w stanie wyjść z Labiryntu – polecam.




Za możliwość obejrzenia „Więźnia Labiryntu” przed premierowo serdecznie dziękuję portalowi BookGeek. Za towarzystwo dziękuję Oli, Natalii z Książkowego „kocha, nie kocha” (zdrowiej!) i Adze z Książkowo (tak, jestem z Warszawy J)
PRZED PREMIERĄ: Więzień Labiryntu PRZED PREMIERĄ: Więzień Labiryntu Reviewed by Martha Oakiss on piątek, września 19, 2014 Rating: 5